GreenT
Redaktor Gildia: Garaz Runkaraki
Mówca
Back to WAR!
Reputacja: 62
Offline
Imię w grze: Arlibaaz Tinpants
Wiadomości: 888
|
 |
« : Styczeń 16, 2009, 09:13:19 » |
|
Tępy zapach smaru zawsze pobudzał zmysły Runstana, słuch wyostrzył się, a intelekt nakazał włożyć ochronne gogle, złamał strzelbę i wsunął prototypowy pocisk do komory nabojowej, delikatny chrobot sprawił krasnoludowi niebywałą przyjemność. Zamek szczęknął zatrzymując w środku „Grin’rila” krystaliczne płatki śniegu. Kamienna twarz Runstana jeszcze bardziej zastygła w skupieniu, odbijając się w obsydianowo-czarnej lufie, na której żywot kończyły szaleńczo wirujące płatki śniegu. Inżynier wyrwał się z zamyślenia: - Cholerne szczyny niedźwiedzia... Zmroziło się i teraz chojraczy... – warknął strzepując śnieg z długiej brody, która niegdyś była dumą krasnoluda. Teraz była tylko fragmentem przypominającym o swej dawnej świetności... Chwale poprzedzającej fascynacje przekładkami i kołami zębatymi. – Spokojnie, samotność na patrolu daje Ci się we znaki... Ano to tylko zamrożona woda... – mruknął gładząc zdobioną lufę. – O co tyle krzyku. – Mimowolnie spojrzał jeszcze raz. Krew... - Nie, to tylko lód. – przymknął oczy. Topiący się śnieg spływał niczym krew, krew przez, którą... za którą codziennie przybywało rozdziałów w Księdze Uraz.
Elariel przykucnęła, opuszkami alabastrowych palców dotknęła udręczonej ziemi. Niegdyś złote liście zmieniły się w proch pod subtelnym dotykiem elfki. Zarośla, w których ukryła się stanowiły idealne miejsce do obserwacji intruza, będąc zarazem śmiertelną pułapką. Fale rozrywały i tak już druzgoczącą ranę, która z dnia na dzień stała się wybrzeżem, ich szum zdołałby zagłuszyć nawet wystrzał z krasnoludzkiego działa. Krwiste wargi Elariel zadrżały, ukazując śnieżnobiałe zęby, nie wyrzekła słowa. Czekała, aż się zbliży, słyszała go już dawno - zanim wyszedł zza skał. - Już bym nie żyła, gdybyś to nie był ty. Milczał. Czekał. - Chodź. Zauważyłeś coś? – pytała wpatrzona w iglicę, raz po raz dławioną przez falę. Zbliżył się delikatnie stąpając po ziemi. Zamruczał muskając swą panią nosem. Uśmiech zajaśniał na licach Elariel, obróciła się odgarniając z czoła jasne niczym kość słoniowa włosy. Jej twarz szpeciła długa wielokrotnie zakrzywiona blizna. Położyła rękę na pysku Fa’weth. Lew zamruczał, po czym spojrzał Elariel prosto w jakże głębokie, pełne smutku oczy. Fala smutku zdławiła uśmiech zatapiając radość w odmęcie granatowych oczu Białej Lwicy. - Fa’weth, wiem. – zdławiła łzy. - Ulthuan nie jest już bezpiecznym miejscem.
Deszcz łomotał o połacie namiotu mogąc śmiało stawać w szranki z maszerującą armią samego Imperatora, któremu tylko łaska Sigmara mogłaby pomóc wygrać ten osobliwy pojedynek. Rana bolała niemiłosiernie. Gustav von Seyffbears nie mógł okazywać swych słabości, morale żołnierzy (nieraz gorzej poranionych) były w tych czasach cenniejsze od złota, ba od mithrilu. Zacisnął zęby, nie spoglądająć na czerwono-siny bandaż, którym obwiązano mu żebra, był młody, jednak nikt nie mógłby powiedzieć tego o nim, twarz poorana bruzdami i bliznami sprawiała wrażenie należącej do kogoś innego, wygasł nawet blask w oczach, już rozpalający się niemalże do białości tylko podczas walki z pomiotami chaosu. Taki był jego los i przeznaczenie, wiedział, że poświęcając swoje życie walce uratuje najbliższych i pozwoli innym wieść życie, którego nigdy nie zostałoby dane mu przeżyć. Pancerz odbijał migotliwe światło kaganka we wszystkich kierunkach, ilekroć Gustav przyglądał się grze światła i cieni, przed oczami widział batalie, które stoczył... Wiedział, że kiedyś polegnie z imieniem Myrmidi na ustach, ale wpierw pragnął wypalić jak najwięcej ropiejących ran w toczonych zarazą trzewiach Starego Świata.
Był on bowiem Rycerzem Palącego Słońca i jego życiem była śmierć... śmierć pomiotów chaosu. Wiatr zadął po raz kolejny, doprowadzając morze do istnego szaleństwa. Elariel uwielbiała surowy zapach morza, jego szept, subtelny dotyk wiatru, łopotanie flag na masztach... - Żałuję, że przyszedłeś... – powiedział spokojnie i zimno ważąc każde słowo. Właściciel targanego wiatrem płaszcza nie odpowiedział. Jęk stali dołączył do pieśni morza. Groźny zgrzyt wyrwał Rycerza z zamyślenia. Odruchowo upewnił się, czy miecz leży przy jego boku. Złote ogniki żwawo zatańczyły na srebrnej klindze. Odetchnął z ulgą, wtedy doszedł do niego, może podświadomie, może wyczuł go fizycznie... odór spaczenia.
Poczuł smród. Bez pośpiechu przeładował broń. Wiedział dobrze kto, a raczej co nadchodzi. Kurek szczęknął, kły również. - Cholerny grzyb! – okrzyk krasnoluda zginął w ryku Orka. Zwalista sylwetka czarnej istoty skoczyła z lodowej pułki prosto przed oblicze Runstana, „Grin’ril” rozpalił się w rękach krasnoluda. Bezlitosne ślepia pałały nienawiścią, a obłoki pary otaczały orka niczym całun. Ślina spływała strumieniami po pysku, rozbryzgując się kaskadami po niedbale skleconym pancerzu. Ork ruszył do przodu, lód pękał pod jego ciężarem. Runstan podniósł strzelbę. Topór zielonoskórego zazgrzytał o skałę wzniecając girlandy iskier.
Topór Elariel zderzył się z klingą jej kuzyna. Mroczny elf wyrafinowanie fechtował raz po raz zadając morderczy cios, jednak nie trafiał on celu. Lwica tanecznym krokiem unikała i parowała ciosy. Walczyła ramię w ramię z swym dzikim lwem, który towarzyszył jej nie z przymusu, lecz z własnej, nieprzymuszonej woli. Zastawa, unik, szpon, blok, parada, pierwsza krew, szczęk metalu, kolejna parada. Szkarłat spłynął po ostrzach i naznaczył Ulthuan.
Gustav niemalże mechanicznym ruchem porwał leżący nieopodal miecz i zasłonił się przed plugawym ramieniem wojownika chaosu. Żebra odezwały się ostrzegawczo spowalniając ruchy Rycerza, jednak zasłona wystarczyła by odeprzeć atak. - W imię Myrmidi! – ryknął wykonując zamach. – Są w obozie!
Ryk nie przerażał inżyniera. Wycelował, upewnił się czy odbezpieczył broń. Ork oderwał topór od ściany. Uniósł go w powietrze. Zostało kilka metrów. Strzelił, cały naramiennik i część „kolczugi” odpadła wraz z zieloną masą ciała orka, ten zachwiał się, jednak dalej szarżował. Nie zrobiło to wrażenia na Runstanie. - Partacze, nawet zbroi nie potraficie zrobić... – i wystrzelił po raz kolejny.
***
Kanonada Imperialnych Muszkietników zmiotła hordę goblinów z pola bitwy. Ołowiane chmury przysłoniły niebo, siejąc strach w sercach ludzi. Konie zarżały węsząc śmierć. Kruki obsiadły gałęzie nielicznych, agonalnie wykręconych drzew – przybyły zebrać żniwo swego pana. - Morr będzie miał tego wieczora ręce pełne roboty... – zaśmiał się rubasznie Runstan gładząc rozorany policzek – pamiątkę spotkania z Czarnym Orkiem. Oddział Rycerzy Palącego Słońca przygotował się do odparcia jazdy chaosu. - Gotować się... – ryknął Gustav von Seyffbears wskazując orężem zbliżające się zagrożenie. Smukła elfka przecięła mu drogę kierując się w stronę słabiej umocnionej północnej flanki, ludzcy generałowie po raz kolejny zlekceważyli działa inżynierów chaosu. Fa’weth zrównał się z nią i już po chwili wczepiona dłońmi w jego kremową grzywę Elariel przemknęła przed oddziałem krasnoludów ochraniających organki i dwa miotacze płomieni. - Niezwykle finezyjna broń... – szepnęła. Fa’weth zaryczał radośnie. Zjednoczone siły Ludzi, Krasnoludów i Elfów Wysokiego Rodu po raz kolejny zderzyły się w walce na śmierć i życie ze Sługami Chaosu, Zielonoskórymi i Mrocznymi Elfami. Światło przeciw Ciemności. Ład przeciw Zniszczeniu. Armie starły się, a wiatry magii zstąpiły na pole bitwy, raz po raz rozrywając skotłowany tłum. Mieszaninę wszelakich ras, wyznawców bogów, szlachetnie urodzonych, zdrajców, istot prawych i dzieci chaosu. Ziemia przesiąkła krwią, a nogi wojowników raz po raz grzęzły w błocie, krwawej miazdze, która już nigdy nie miała wydać plonów. Przy pierwszym starciu oddział Gustava von Seyffbears został mocno przerzedzony przez jazdę chaosu. Dowódca nie odniósł większych ran, natychmiast natarli na przód przeskakując nad rozprutymi truchłami. Złoto jego zbroi już dawno przygasło pod grubą warstwą pyłu. – Za Myrmidię! – ryknął prowadząc oddział ku chwale, ku odzianym w czerń i purpurę namiastkom elfiej rasy. Galath’il dowódca Czarnej Gwardii wyszczerzył tylko swe drobne rekinie zęby i poderżnął gardło płaczącemu ze strachu człowiekowi. - Za słońce! Za honor! – krzyknęli chórem Rycerze wznosząc swe miecze ku skrytemu za chmurami słońcu. Klucz Runstana raz po raz wznosił się i opadał młócąc łby goblinów oblegających działo. Z każdą chwilą przybywało ich coraz więcej co zmusiło Runstana do zastanowienia się czy te „zielone wypierdki” nie rozmnażają się przypadkiem na polu bitwy. - Gerd, Ketri... – rozpłatał czaszkę wyjątkowo cuchnącego zielonoskórego. - ...ruszcie dupy i pomóżcie. I tak go już nie odpalicie. – ryknął do uwijających się przy dziale kuzynów akcentując każde słowo szerokim zamachem prawej ręki. W ostatniej chwili odskoczył od spopielającego płomienia, tam, gdzie jeszcze przed chwilą uwijał się rój goblinów z ziemi unosił się tylko śmierdzący dym. - Co do... – spojrzał w górę, z dymu wyłonił się ohydny, jaszczurzy pysk, a za nim kolejne. – Hydra!- ryknął. – Ruszczie dupy i odpalcie to działo! - Niestety, było już za późno. „Grin’ril” wystrzelił po raz ostatni...
Srebrzysta klinga przeszyła pierś Elariel, Biała Lwica uśmiechnęła się gorzko, oburącz chwyciła za ostrze wbijając je głębiej. Spod czarnego hełmu zimne oczy mierzyły ją z wyraźną przyjemnością. - Bardzo dobrze kotku... – szepnęła, a mroczny elf nie zdążył się zdziwić. Potężne pazury Fa’weth wbiły się w plecy zdrajcy rozrywając pancerz jak skorupę owada. Lew ryknął wściekle i zatopił swe kły w karku przeciwnika. Elariel osunęła się na ziemię, woal śnieżnych włosów zasłonił jej twarz. Fa’weth dokończył swe dzieło nagłym szarpnięciem. Położył uszy i z podkulonym ogonem zbliżył się do ciała swej pani. Zaryczał wściekle.
Gustav wrzasnął wściekle unikając ciosu demonicznej kreatury, jego chorąży korzystając okazji odrąbał jej łeb, a tęczowe płomienie wystrzeliły z drgających tętnic niczym macki liżąc twarz i nogi Martina. - Walschner! – krzyknął Rycerz, szybkim ruchem skręcił kark goblińskiemu szamanowi, dopadł do dygoczącego w kałuży krwi towarzysza, ten gwałtownie zwymiotował i wyzionął ducha. - Myrmidio... Przyjmij swych sługów. – uklęknął na opustoszałym spowitym dymem polu bitwy, zewsząd dobiegał gasnący już szczęk broni i przeraźliwe jęki. Wiatr zadął, powietrze wypełnił świdrujący dźwięk, stalowa rękawica zacisnęła się mocniej na złotej klindze. Zamknął oczy i ciął. Głowa magusa chaosu wyleciała w powietrze jakby uciekając od swego plugawego właściciela. Truchło wciąż utrzymujące się na demonicznym dysku zachwiało się, po czym uderzyło w konającego demona. Monstrum zawyło i zwaliło się na ziemie. Rycerz Zakasłał. Krew wylała się z jego ust, wiedział, że to jego koniec. Wbił swój miecz w ziemie, wsparł się na nim i znieruchomiał na zawsze. W pobliżu pozbawiony kończyn Wybraniec Chaosu konał, a jego pan śmiał mu się w twarz. Przy boku elfki, wyglądającej jak marmurowy nagrobek leżał czarno-czerwony od krwi i sadzy Lew, opłakujący swą panią symfonią krystalicznych łez. Zwęglone ciało inżyniera Runstana dalej tkwiło na posterunku. Pęknięte działo leżało na boku, tuż przy truchle hydry.
Wśród rozczłonkowanych goblinów, ludzi i koni, w obrzydzającej mazi kończyła swój żywot niegdyś najpiękniejsza z rodu Halatha, Mroczna Wiedźma Xereaa. Sztylet zajaśniał purpurowym blaskiem przebijając czarne serce. Upadła, tak jak wszech rzeczy jej również przewidziany był upadek, każdemu bojownikowi, imperium, rasie, światu... Stary Świat konał.
Nastał czas zmierzchu wszechrzeczy, a ład i zniszczenie walczyły tylko o to, kto upadnie ostatni – czyj upadek będzie dotkliwszy.
|