Przełęcz Czarnego Ognia
Wrzesień 05, 2010, 06:35:19 *
Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Czy dotarł do Ciebie email aktywacyjny?

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Aktualności: Forum po zmianie serwera, możliwe czasowe problemy techniczne
 
Strony: [1]   Do dołu
  Drukuj  
Autor Wątek: Opowiadanie nr 4 "In Sigmar We Trust"  (Przeczytany 664 razy)
0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.
GreenT
Redaktor
Gildia: Garaz Runkaraki
Mówca

Back to WAR!

Reputacja: 62
Offline Offline

Imię w grze: Arlibaaz Tinpants
Wiadomości: 888


Zobacz profil
« : Styczeń 16, 2009, 09:20:56 »

"W walce zaś Panie, niech wola twa dłoń mą prowadzi, wprost do zwycięstwa nad wrogami twemy.."
- fragment popularnej modlitwy do Sigmara

Kapłan zakonu Sigmara Otto Apfelbaum gwałtownie poruszył się w siodle, odruchowo starając się podrapać po boku, co też jednak skutecznie uniemożliwiała mu założona zbroja. Złowrogi grymas na jego twarzy świadczył o silnym swędzeniu tego miejsca. Podróżujący obok niego zbrojni nie zdawali się jednak zwracać na niego najmniejszej uwagi. Pokaźnych rozmiarów oddział składał się głównie z averlandzich żołnierzy, co też widać było w czarno-żółtych barwach ich odzienia, tak jak i powiewających tu i ówdzie sztandarach. Pośród kolumny wojskowych dało jednak dostrzec się maszerujących przedstawicieli także innych prowincji. Na samym zaś końcu pochód zamykała konna grupa zakutych w ciężkie zbroje Rycerzy Płonącego Słońca.
Ciepłe słoneczne popołudnie wprawiało maszerujących w dobry nastrój, przez co dało się słyszeć wokół wiele rozmów, żartów, radosnego pogwizdywania, czy też krótkich wojskowych przyśpiewek.

Otto usmiechnął się nieznacznie, słysząc stare averlandzie powiedzenie: "Jak Reiklandczyk odróżnia swoją kobietę od krowy? Wcale!". Fakt, iż tak szybko zapomnieli o wydarzeniach wczorajszego dnia cieszył Otta. Niechaj korzystają póki mogą z chwili wytchnienia i względnej beztroski.

   W oddali za kawalkadą żołnierzy horyzont zdobiły słupy dymu. Ogień wciąż widać jeszcze tlił się w zgliszczach wioski do której wkroczyli wczorajszego poranka. Niewyróżniająca się niczym na pierwszy rzut oka wioska, jakich wiele rozrzuconych po terenie Imperium, padła ofiarą nowej straszliwej plagi. Niestety, tak jak i wiele w ostatnim czasie innych wiosek i miasteczek, jak kraj długi i szeroki. Co z początku wydawało się zwyczajnym przeziębieniem, w przerażająco szybkim tempie przeradzało się w coś nieporównywalnie gorszego od grypy. A gdy po długiej walce z silną gorączką i dreszczami chory zdawał się w końcu odchodzić do krainy Morra, ku zdziwieniu rodziny ciało jego po paru godzinach ożywało ponownie, przekształcając się w żądnego krwi zombie. Gdy dodać do tego zastraszającą szybkość rozprzestrzeniania się tej choroby, otrzymywało się zagrożenie które nie sposób było zlekceważyć. Na szczęście dla oddziału któremu towarzyszył Otto, bezmyślne zombie nie stanowiły wielkiego bojowego wyzwania i akcja wypleniania zarazy za pomocą ognia i zimnej stali przebiegła wczorajszego dnia nad wyraz sprawnie.

   Niechaj Sigmar ma ich w swojej opiece. - Otto zakończył kolejną tego dnia krótką modlitwę za dusze mieszkańców wioski. - Cokolwiek też stało się z nimi w momencie przemiany. Uspokojony miarowym kołysaniem w siodle, Otto oddał się rozmyślaniom. Dłoń jego spoczęła na głowni ciężkiego młota bojowego, a myśli pobiegły ku przeszłości. Do czasu, gdy jako młody adept zakonu, walczył u boku swego mistrza daleko na południu. Wraz z krasnoludzkimi sojusznikami zmagali się wtedy z wydawało by się niekończącą masą orków i goblinów. Sukces w tej walce okupiony został śmiercią jego mentora, który umierając w rękach Otta przekazał mu swój młot bojowy, poświęcony jak zawsze utrzymywał, przez samego Magnusa Pobożnego. Pokryta runami broń stanowiła wspaniały przykład krasnoludzkiego rzemiosła.

Dobywając go w walce Otto czuł rozchodzące się po całym ciele przyjemne uczucie mrowienia. Czy była to moc krasnoludzkich runów, czy też siła nadana mu przez błogosławieństwo Sigmara, tego nie wiedział. Był jednak pewien, iż sprawdzi się on dobrze w walce z zagrożeniem jakie najechało na Imperium od północy. Armia Chaosu jakiej nie widziano od wieków ponownie przetoczyła się przez Kislev, by stanąć na granicy Imperium. Maszerujący oddział miał wesprzeć siły walczące w Ostlandzie.
Otto głęboko wierzył, iż wraz z pomocą Sigmara Młotodzierżcy, po raz kolejny uda odeprzeć się wojowników Mrocznych Potęg. Szczególnie że jak powiadano, z odsieczą przybyły nie tylko krasnoludy, na których zawsze jak pokazuje historia można było liczyć, ale i wysokie elfy z odległego lądu za morzami.

Kolejne fala bólu i silnego uczucia swędzenia wyrwała Otta ze swych rozmyślań. To jego stara rana, którą otrzymał walcząc w kanałach pod miastem Nuln, znów nieprzyjemnie dawała mu się we znaki. Mimo iż dawno zaleczona, wciąż mimo upływu lat swędziała go od czasu do czasu. Szczególnie zaś w dni takie jak ten, tuż przed zbliżającą się Geheimnisnacht. Zielony kamienie wprawiony w bronie szczuroludzi sprawiały najwidoczniej, iż zadane przez nie rany nie goiły się do końca nigdy. I kto by pomyślał, iż zdecydowana większość populacji Imperium nawet nie wierzy, iż skaveni istnieją i śpi spokojnie w swoich łożach, nieświadoma zagrożenia kryjącego się pod ich domostwami.

   Atak nastąpił niepodziewanie. Niebo pokryło się gąszczem czarnych strzał, które spadając w dół zbierały krwawe żniwo wśród żołnierzy. Przynajmniej wiemy, iż przepatrywacze z Averheim są gówno warci! - pomyślał Otto dobywając broni i ruszając wraz z innymi przeciwko fali wylewających się w lasu maruderów Chaosu. A więc jest gorzej niż przypuszczano, dotarli aż tutaj, są już w Talabeclandzie, o przysłowiowy rzut kamieniem od Talabheimu. - ze zgrozą uświadomił sobie, gdy jego bojowy młot ugodził pierwszego przeciwnika, powalając go na ziemię z kompletnie roztrzaskaną czaszką.

   Otto dwoił się i troił w walce, czując wraz z każdym pokonanym przeciwnikiem, jak rośnie jego zapał bojowy. Z imieniem Sigmara na ustach rzucał się w największy gąszcz przeciwników, a zachęceni jego przykładem żołnierze, czując bijącą od niego aurę, ze zdwojonym wysiłkiem podążali w jego ślady.

Gdy wydawało się, iż przetrzebione siły maruderów rzucą się do ucieczki, od strony lasu dało się słyszeć tęten szarżującej konnicy. Otto uniósł się na strzemionach, by poprzez bitewny kurz dostrzec zbliżających się wojowników Chaosu. Setka zakutych w czarne zbroje Wybrańców Chaosu, na równie czarnych wielkich koniach, pędziła w ich kierunku z każdym krokiem nabierając impetu. W prawych dłoniach dzierżyli oni olbrzymie miecze, w lewej zaś masywne tarcze uwieńczone wielkimi niebieskimi klejnotami. Otto wzniósł wysoko do góry swój młot bojowy i z fanatyzmem płonącym żywym ogniem w jego oczach rzucił się w kierunku nadciągającego przeciwnika.

   Pierwszego ciosu który wyrzucił go z siodła Otto nawet nie poczuł, dostrzegając jedynie zbliżającą się błyskawicznie ziemię. Starając podnieść się na nogi, sparował uderzenie kolejnego jeźdźca, by po chwili uderzyć w jeszcze następnego, nim ten wyprowadzi swój cios. Zareagować jednak na kolejny już nie zdołał. Potężne uderzenie wojownika Chaosu prawie oddzieliło głowę od tułowia i bezwładne ciało Otta upadło na ziemię. W tym też momencie na walczących spadły pierwsze krople deszczu, które szybko przeszły w ulewę, tak jakby sam Sigmar opłakiwał śmierć swojego bohatera.

   Ciężkie okute stopy wgniatały ciało Otta w rozmiękłą od deszczu ziemię. Trzymany wciąż w jego martwej dłoni młot zniknął już pod warstwą błota, a niekończąca się armia Chaosu przetaczała się przez pobojowisko, zmierzając wytrwale na południe. Na południe, wprost ku stolicy Imperium, by jak wieścili już od lat imperialni prorocy, zanieść do Altdorfu "dobrą nowinę" o Końcu Świata.
Zapisane

Walkę i popijawę traktuję tak samo. W obu przypadkach zawsze zostaję sam pośród stosu ciał... "Grimrilowe myśli Arlibaaza Wspaniałego", część 1, tom II.
Strony: [1]   Do góry
  Drukuj  
 
Skocz do:  




Google visited last this page Dzisiaj o 02:02:42