odrobina historii popełniona przez Ifindel'a zwanego też Guthwulf'em
Miejsce akcji:
niewielki domek w niewielkiej, opatulonej ostrokołem wsi - gdzieś w Imperium.
czas akcji: całkiem dawno temu, tak w sam raz - parę lat
Prz świeczce stojącej na rozklekotanym stoliku siedzi dwóch ludzi. Znaki na pogiętym pancerzu jednego wskazują na kapłana Sigmara, drugi to wypisz wymaluj postrach okolicznych wieśniaków - Łowca. Najczęściej czarownic, chociaż niewybredny.
- Będą z tego kłopoty, mówię Ci - kapłan był wyraźnie zdenerwowany.
- Musiałem, przecież wielokrotnie tłumaczyłem, że żeby rozpoznać wpływ Chaosu we wczesnych stadiach trzeba dostać się do mózgu, a najbliżej i najłatwiej rozłupując czerep. Ofiary muszą być.
- Nie o tym mówię, Sigmar rozpozna swoich. Chodzi mi o Niego, a raczej o Nich. W razie czego łap krasnoluda, a ja...
- A Ty co??? - przerwał gburowaty głos dochodzący z progu. - I czyja chabeta stoi w stajni? Strasznie koślawe tylne nogi ma. - Krasnolud pociągnął nosem - co to? sprowadziliście panienki?
- Nie, nie do końca, widzisz, usiądź, napij się piwa.
- Dobra, karty na stół. NIGDY dotąd nie proponowałeś mi piwa człeczynku.
- Mamy gościa. Przybył w trakcie Twego małego wypadu - Łowca zapobiegawczo, stanął obok krasnoluda gotowy do akcji. - To wysłannik Mistrzów z Hoeth.
- Z Ho... - khazad zacisnął usta na widok smukłej postaci stojącej u wejścia do drugiej izby, łowca sprężył się do skoku.
- Witaj, jestem...
- Nie interesuje mnie kim jesteś - wysyczał krasnolud, a zwracając się do ludzi powiedział - Jutro do południa ma go tu nie być. Jego, albo mnie. Idę spać na zewnątrz, śmierdzi tutaj.
- Łatwo poszło - z ulgą odetchnął kapłan - A Ty, mistrzu, skoro masz cesarski glejt, pomożemy Ci w szukaniu wiedźm. Wyruszymy co świt, ale chyba na tarczę nie będziemy mogli liczyć.
- Szukam jednej wiedźmy. Jednak, za to konkretnej. I z tego co wiem przebywa w tych okolicach. Udajmy się teraz na spoczynek.
*** Kilka godzin później, odgłosy bijącego na alarm dzwonu, kapłan przywdziewa bojowy ekwipunek, łowca sprawdza oporządzenie - przygotowania do zabawy ***
Wybiegają z chaty, część strzech pełni już rolę pochodni, w świetle których do wioski przez rozbitą bramę napływają "dzikie i nieprzeliczone hordy zielonych wymieszanych z plugawymi przedstawicielami przejawów działalności spaczenia". Zaczyna się rabowanie, palenie, gwałcenie. Do akcji wkracza oczywiście krasnolud zabierając się za pierwszych zielonych. Wieśniacy stawiają opór, jakieś rachityczne wojsko będące w wiosce również. Walka trwa w najlepsze. Powoli szala zaczyna przechylać się na stronę naszych dzielnych bohaterów. Do momentu, gdy na placu boju pojawia się po stronie najeźdźców drobna kobietka. Walcząc niczym demon wlewa nowego ducha w zielonych, szczególnie gdy krasnolud blokujący drogę pada wreszcie pod naporem wrażych ostrzy wzmocnionych czarami. Kolejnym zwrotem akcji jest wejście do walki elfiego Arcymaga, który wyrównuje szanse, Całość kończą łowca oraz kapłan celnymi ciosami eliminując elfią wiedźmę. Walka dogasa, zaczynają się lamenty nad poległymi i brutalne bezczeszczenie zwłok zielonych i chaosytów.
*** Ta sama chata, ten sam dzień ***
- To własnie ta wiedźma, której szukałem, dziękuję w imieniu Mistrzów z Hoeth.
- Cała przyjemność po naszej stronie - łowca rozdzielał i liczył drobne znalezione przy wrogach - polecamy się na przyszłość.
- Oto drobny wyraz naszej wdzięczności - pękata sakiewka powędrowała z kieszeni elfa na stół, odprowadzana wzrokiem ludzi. - Do zobaczenia. Udam się teraz w stronę Ulthuanu, jeśli pozwolicie - nie czekając na pozwolenie opuścił chatę.
Po wyjściu elfa łowca wprawnym ruchem rozsupłał sakwę. Błysnęło złoto. Porównał jej zawartość z lichymi kupeczkami obok.
- Wiesz, taka walka z wiedźmami może być nader, ekhem, ciekawa.
- Znaczy bardziej Ci się opłaca niż rozbijanie czerepów wieśniakó w poszukiwaniu skaz wywołanych spaczeniem, tak ?
- zawsze wszystko spłycasz.
- chociaż, gdyby założyć organizację, jakiś zakon, albo coś.
- Czyżby marzyło ci się stanowisko w świątyni w Altdorfie?
- zawsze wszystko spłycasz. - roześmieli się obaj.
- Chociaż jest coś w tym. Wyobraź sobie - szeregi nam podobnych... idealistów walczących z Chaosem. Łupy, zaszczyty, może audiencja u samego Cesarza. Zróbmy to, powołajmy do życia organizację - Zakon Zwalczających Chaos, eee, głupie, Płonący Stos, raczej też nie. Wiem - Młot na Czarownice, tak, żeby upamiętnić dzisiejszą noc.
- Malleus Maleficarum
- Oooo, też ładne, chwytliwe. A co to znaczy?
- Młot na Czarownice.
- Zdecyduj się. I odpowiedź na pytanie.
- Durny człeczynek - krasnolud z bandażem na głowie wytoczył się z drugiej izby. - Malleus Maleficarum oznacza Młot na Czarownice. Gdzie elf ?
- W stajni.
Krasnolud raźnym, jak na obecny stan, krokiem skierował się ku wyjściu.
- Czy mi się wydawało, czy wychodząc zabrał topór?
- Szybko... on go zabije.
Biegiem skierowali się w stronę stajni, gdzie zobaczyli niecodzienny widok - krasnolud i elf razem trzymający drzewce topora
- potem uścisnęli sobie dłonie, elf wskoczył na siodło i skierował się w stronę bramy. Krasnolud skierował się z powrotem w stronę chaty.
- Coś Ty tam robił z tym magiem?
- Nie Twój zasrany interes, człeczynku. A Może być i Malleus Maleficarum, możemy polować na wiedźmy i Chaos, pod warunkiem, że od czasu do czasu parę zielonych głów trafi pod topór.
I tak to się działo, Malleus Maleficarum zdobywał reputację, bogactwo, wybudował piękną siedzibę. I wtedy przyszła ona - WOJNA. Czas, gdy każda stojąca po stronie porządku organizacja stawała na froncie, gdy wybaczano mniejsze lub większe zbrodnie i dawano możliwości ich odkupienia.
Czas, gdy Malleus Maleficarum dostała własną misję, pierwszą samodzielną - eskortować posłańca z Ulthuanu. Miejsce spotkania było ustalone, czas również. Wszystko przebiegało doskonale, jednak elfów w miejscu spotkania nie było. Było za to mnóstwo śladów nader wyraźnie wskazujących na to, któ tu obozował. Stosy odchodów, niedogryzione kości, wielkie ogniska, jeszcze ciepłe.
Decyzja mogła być i była tylko jedna, ślad był wyraźny. Już po kilku minutach biegu słychać było odgłosy walki. Po kolejnej Malleus Maleficarum mogło już dołączyć do niej. A właściwie do rzezi. Przewaga liczebna zielonych była wystarczająca, nawet jak na mistrzów miecza i arcymagów.
Resztka elfów osłaniała najwyraźniej posłańca. Malleus Maleficarum rozstawiło swoje szeregi. Pierwsze szeregi orków ruszyły ku ostatniej szarży na elfy. Malleus Maleficarum również ruszyło - na zaskoczonych szamanów spadły pierwsze uderzenia eliminując ich z walki.
- Nie łamać linii!!! - okrzyki rozbrzmiewały co chwila w szeregach ludzi i krasnoludów. I nie łamali. Aż do momentu, gdy Orki niemal wybiły broniące się elfy. Kilku ledwie stojących na nogach mistrzów miecza i jeden arcymag. Bogowie widocznie chcieli, że był to TEN arcymag i był tu TEN krasnolud. I Bogowie zapewne pozwolili krasnoludowi dostrzec maga w wirze walki.
- NA POHYBEL SKURWYSYNOM - brodata furia wyrwała się z szeregu roztrącając wszystkich po drodze. Którego orka nie sięgnął topór sięgnęła tarcza. Walka jak się zaczęła, tak się skończyła - nagle.
Krasnolud podszedł do maga - Jesteśmy kwita - powiedział tak, aby tylko on to usłyszał.
Odprawiono szybkie modły za zmarłych. Wojna ma swoje prawa.
Dalszy marsz do Altdorfu był już spokojny. Zdany raport, odebrana nagroda potem normalnie. Całe Malleus Maleficarum opijało sukces Pod Linoskoczkiem, tańce, hulanki, swawole. Do oficerów siedzących przy stoliku dla Nader Ważnych Osobistości podeszła postać.
- Usiądź, magu. Napij się z nami. Napij się dzisiaj, jutra może już nie być - sentencjonalnie powiedział kapłan.
- Dziękuję, skorzystam. Niemniej przybyłem tutaj w konkretnej sprawie. Poprosiłem i zgodzono się, abym dołączył do Waszej organizacji. Oczywiście jeśli się zgodzicie. Jest ze mną kilku moich braci. Oczywiście jeśli się zgodzicie.
- Cóż, jakby nie spojrzeć - ta wojna dotyczy w równym stopniu nas wszystkich.